Oficjalnie…

Pewnie  większość z Was zauważyła, że od jakiegoś czasu nie dodaję nowych wpisów. Myślałam, że uda mi się w końcu ruszyć z miejsca… Jak widać myślenie nie jest moją mocną stroną. Także oficjalnie ogłaszam zawieszenie bloga. Muszę sobie trochę poukładać w głowie i ogarnąć wszystko dookoła siebie… Mam nadzieję, że nie zapomnicie o mnie. Kiedyś tu wrócę 😉

Light after dark. XII

Hej. Jestem. Żyję. Mam się całkiem dobrze. 😉

***

Dziś jestem spokojna. Mogę bez problemu złapać haust powietrza, nie czując przy tym tej dziwnej, duszącej guli w gardle. Moje serce nie zaciska się boleśnie, w oczach nie wzbierają już łzy. Dziś będzie lepiej niż wczoraj. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję…

Reszta mieszkańców Elizjonu też wydaje się być opanowana. Nikt nie podnosi głosu. Nikt się nie spieszy. Tak, jakby właściwie nic się wczoraj nie stało. Tak, jakby Roran był tu z nami od samego początku. Tak, jakby w ogóle nie uciekał przed Diamandem i rychłą śmiercią, jaką ze sobą niesie. Można by powiedzieć: ‘ – Ot. Dzień, jak co dzień.’ i wzruszyć lekceważąco ramionami. Ale ja tak nie potrafię zrobić. Za dużo wczoraj zobaczyłam i usłyszałam, żeby przejść koło tego wszystkiego tak obojętnie. Wielkim wysiłkiem było dla mnie dziś usiedzieć przy tym samym stole, co on. Za każdym razem, gdy spojrzałam w stronę Rorana, przypominały mi się jego wczorajsze słowa: ‘ – Nie mam po co żyć…’ Za każdym razem czułam coraz większy ból. I winę. Dlatego bez słowa wyjaśnienia wyszłam w trakcie śniadania. Po prostu nie dałabym rady tam wysiedzieć do końca.

Jesteś zbyt słaba…

Wzdycham ciężko. Nie jestem wystarczająco silna, aby dać sobie radę w tych dziwnych i zarazem bardzo ciężkich czasach. To, że tu w ogóle jestem to zasługa wielu osób. Helios, Endymion, Roran… To oni ryzykowali życie swoje i innych. Ja nawet nie kiwnęłam palcem…

Nie zasłużyłaś na to, żeby żyć…

Może gdybym nie stawiała oporu Diamandowi i przystała na jego warunki… Może to całe zło zadusiłoby się w zarodku? Niewinni ludzie mogliby dalej cieszyć się życiem…

To wszystko Twoja wina!

Ocieram dłonią łzę. Jedną z wielu. Myliłam się. Dzisiejszy dzień wcale nie będzie lepszy od wczorajszego. Wszystko wróciło do mnie z większą siłą. Zdecydowanie jestem za słaba…

– Słaba… – mówię cicho, mimo, że jestem całkiem sama w swoim pokoju. W miejscu, gdzie czuję się najbezpieczniej, najpewniej… Gdzie nikt nie patrzy na mnie podejrzliwie i nie jestem pilnowana na każdym kroku… Ale przecież nie spędzę w nim reszty życia. Muszę wyjść, inaczej oszaleję zamknięta w tych czterech ścianach!

Uspokój się!

Biorę głęboki wdech. Liczę w myślach od dziesięciu w dół i powoli wypuszczam powietrze z płuc. O tak. Zdecydowanie lepiej. Podchodzę do przeszklonych drzwi prowadzących do niewielkiego balkonu. Moim oczom ukazuje się całkiem przyjemny widok: piękne słońce królujące na bezchmurnym niebie, na drzewach nie porusza się ani jeden listek. To znak, że muszę stąd wyjść. Najlepiej natychmiast. Nie zastanawiam się zbyt długo. Biorę kraciasty koc i książkę. Kilka sekund później jestem już na korytarzu. Wybieram drogę, dzięki której szybciej dotrę na elizjońskie ogrody i przy okazji nie natknę się na żadnego mieszkańca zamku. Dziś nie chcę nikogo do towarzystwa. Potrzebuję ciszy i spokoju…

Po kilku minut udaje mi się wydostać z duszących murów zamku i ogarnia mnie przenikający chłód. Otulam się szczelniej grubym swetrem, który zapobiegawczo wzięłam ze sobą. A przecież wydawało się być tak ładnie…

– Nie można mieć wszystkiego. – mruczę pod nosem i dzielnie idę przed siebie. Szukam odpowiedniego miejsca, gdzie będę osłonięta przed wiatrem i ciekawskim wzrokiem przechodzących ludzi. Zagłębiam się w zamkowy ogród; tu jest zdecydowanie więcej drzew, jednak i tak czułabym się dziwnie odsłonięta. Idę dalej. Z każdym krokiem, z każdą chwilą czuję, że robi się coraz się zimniej. Spoglądam na niebo. Jest bardzo zachmurzone; wygląda jakby miało się za chwilę rozpadać.

Dziwne…

Podążam dalej, wydeptaną przez innych ludzi, wąską ścieżką. Otacza mnie coraz więcej drzew. Jest strasznie ciemno, zimno i cicho. Bardzo cicho. Nie słychać ptasiego śpiewu ani szelestu liści poruszanych wiatrem.

Sceneria wyjęta niczym z jakiejś przerażającej powieści…

Kręcę głową i śmieję się cicho pod nosem. Mam zbyt bujną wyobraźnię. Nie mogę wyolbrzymiać każdej najmniejszej zmiany w otoczeniu… W tym samym momencie uderza we mnie silny podmuch wiatru. Niesie on ze sobą chłód i coś jeszcze. Pociągam delikatnie nosem i czuję dziwny, lecz bardzo przyjemny zapach. Woda po goleniu? Wiedziona ciekawością przyspieszam, lecz moją wędrówkę utrudnia wiatr, który staje się coraz silniejszy. Tak, jakby dawał mi znak, żebym nie szła dalej…

Nonsens!

Walczę z nieprzyjazną aurą. Otulam się kocem, który wzięłam ze sobą i idę dalej. Wiatr zamienia się w wichurę, słyszę ciche pomruki nadchodzącej burzy. Przełykam głośno ślinę. Boję się burzy. Bardzo…

A może jednak powinnam zawrócić?

Nie mogę tego zrobić. Za daleko zaszłam, żeby teraz się od tak wycofać. Zapach, który wcześniej poczułam, staje się bardziej intensywny. To znak, że jestem już blisko…

Przyspieszam i parę sekund później moim oczom ukazuje się polana, na której w samym środku znajduje się rozłożysta wierzba płacząca. Jestem zaskoczona swoim odkryciem. Nie przypuszczałam, że na Elizjonie są takie piękne zakamarki. Gdybym wiedziała o tym wcześniej… Ale pretensje mogę mieć jedynie do siebie. W końcu rzadko zapuszczam się na dalsze obszary ogrodu…

Przestań w końcu tyle myśleć! Idź i sprawdź, co tam jest…

Moje nogi automatycznie prowadzą mnie do samotnego drzewa. Z każdym krokiem tajemnicza woń staje się silniejsza, aż w końcu zaczyna mnie szczypać w nos. Zakrywam twarz rąbkiem koca próbując zmniejszyć jej natężenie. W tym samym momencie zauważam, że wiatr, który do tej pory mną wręcz poniewierał, ustał, a na niebie nie ma ani jednej chmury. Tak jakby to wszystko, co działo się do tej pory dookoła mnie, nie miało w ogóle miejsca.

Dziwne… Bardzo dziwne…

Docieram w końcu do osamotnionej wierzby. Jest o wiele wyższa niż się na początku wydawało, a jej witeczki sięgają do samej ziemi. Swym wyglądem przypomina azyl. Mogłabym się tu ukryć przed ciekawskim wzrokiem ludzi. Nie zastanawiam się długo: przechodzę przez kotarę utworzoną z cienkich gałązek drzewa. W środku panuje półmrok; zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą choćby małej świeczki. Idę dalej; chcę dokładnie zbadać to tajemnicze miejsce. Na pierwszy rzut oka widać, że jest ono odwiedzane wyłącznie przez wiewiórki. Wszędzie leżą skorupy po orzechach, czasami trafi się nawet jakaś mała kupka rudawego futerka. Ciekawi mnie jednak, skąd wziął się zapach, który mnie tu przywiódł. Okrążam powoli pień drzewa i w końcu trafiam na źródło tajemniczej woni. Na ziemi leży potrzaskany flakon po perfumach. Schylam się, aby móc przyjrzeć się znalezisku. Buteleczka była wykonana z grubego, barwionego szkła. Ostrożnie dotykam dłonią miejsca, gdzie leży rozbity flakon; jest bardzo mokre a zapach świeży i intensywny. Najwyraźniej ktoś musiał upuścić te perfumy całkiem niedawno. Przez chwilę zastanawiam się, kto tu mógł być, jednak nie przychodzi mi do głowy żadna sensowna odpowiedź. Prostuję się i jeszcze raz uważnie się rozglądam. Jest spokojnie. Co jakiś czas słychać delikatny szum liści poruszanymi wiatrem i jeszcze coś… Ale nie jestem pewna co to takiego. To jest tak sam dźwięk, jak wtedy gdy, ktoś stoi na gałęzi. Trzeszczenie uginającego się pod ciężarem drzewa… Podnoszę głowę do góry i nic nie widzę. Znów pośpiesznie okrążam wierzbę i moim oczom ukazuje się przerażający widok…

– Nie… – szepczę i kręcę głową, chcąc wyrzucić z pamięci, to co przed chwilą zobaczyłam. Zaczynam się pośpiesznie wycofywać. Krok po krok. W moich oczach wzbierają łzy.

– Niee… – mówię nieco głośniej. Udaje mi się wydostać spod wierzby. Biegnę teraz przed siebie na oślep, obraz zamazują mi napływające, coraz to nowsze łzy.

To Twoja wina! Twoja! TWOJA!!!

– NIEE!!!

***

Staram się zachować zimną krew. Robię to przede wszystkim dla ludzi, którzy tu są razem mną. Pełnych gniewu, smutku i żalu wobec Rorana, za to, co zrobił. Gniewu, bo się poddał. Smutku, bo był dla nas wszystkich jak brat. Żalu, bo odtrącił oferowaną przez wszystkich pomoc. Wolał umrzeć zamiast pogodzić się z tym, co go spotkało i spróbować żyć dalej. Zaciskam dłonie w pięści. Człowiek, który tyle razy mi pomógł, odszedł. Czy jeszcze kiedyś spotkam kogoś takiego jak Roran?

Wzdycham ciężko. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?!

– Endymionie! – słyszę jak ktoś mnie woła. Odwracam się w stronę, gdzie dobiegł do mnie głos. To Kunzite. Ma bardzo ponury wyraz twarz; wygląda na to, że nie tylko mnie dobija śmierć Rorana.

– Tak, Kunzite? – odpowiadam i idę w jego stronę. Staram się przy tym nie patrzeć na nieboszczyka leżącego na ziemi… To nie tak, że mnie przeraża widok martwych ludzi. Ja się tego nie boję. Nic a nic. Po prostu nie ufam sobie samemu. Boję się, że zrobię coś naprawdę głupiego. Na przykład podbiegnę do Rorana i zacznę krzyczeć, żeby przestał się wygłupiać. Że ma natychmiast wstać, bo czeka go masa pracy… A jeśli to nie pomoże, to po prostu rozpłaczę się jak małe dziecko… Tego się najbardziej boję. Boję się, że wszyscy zobaczą jaki tak naprawdę jestem: SŁABY.

– Nie udało nam się znaleźć nic ciekawego. Żadnego listu pożegnalnego ani choćby najmniejszej notatki. – mówi białowłosy generał wypranym z emocji tonem. – Jedynie co odnaleźliśmy przy nim to ten medalion. – kładzie mi na ręku znalezioną przed chwilą biżuterię. Przez parę sekund przyglądam się błyskotce. Wygląda raczej skromnie. Prosty łańcuszek, brak jakichkolwiek kamieni szlachetnych ani grawerunku na medalionie. Jednak musiał on wiele znaczyć dla Rorana, jeśli do ostatnich sekund swego życia miał go przy sobie. Skupiam wzrok na skromnych detalach wisiorka. Oglądam pod każdym kątem i w końcu zauważam cieniutką linię przedzielającą go na dwie części.

– On się otwiera… – mruczę pod nosem, ucieszony swoim odkryciem. Podwadzam paznokciem wąską szczelinę i po chwili medalion się otwiera. Moim oczom ukazują się dwa niewielkie zdjęcia. Na jednym z nich widzę młodą kobietę z burzą kasztanowych włosów i pucołowatą twarz ozdobioną ciepłym uśmiechem. Na drugim zdjęciu jest czwórka uroczych dzieci.  Wszystkie mają gęste, brązowe włosy, pyzate buzie i duże, mądre oczy, które już gdzieś widziałem… Zamykam szybko medalion. Na tych zdjęciach widziałem żonę Rorana i jego dzieci…

‘ – Nie mam po co żyć…’

– Przetrzymaj to do czasu ceremonii pogrzebowej. – mówię do Kunzite i oddaję mu wisiorek. – Roran na pewno by chciał, żeby pochować go razem z nim.

– W porządku. – generał kiwa potakująco głową i odchodzi. Znów jestem sam, mimo że otacza mnie tyle ludzi. Każdy jest zajęty sobą…

– To… To wszystko moja wina… – do mych uszu dociera urywany szloch. Poznaję ten głos…

– Księżniczko, nie możesz tak mówić… – ktoś mówi spokojnym, pocieszającym tonem. Zerkam ukradkiem w tamtą stronę. To Merkury stara się uspokoić Serenity, która coraz głośnej płacze.

– To moja wina! Gdybym to ja umarła… Nie zginęłaby żadna niewinna osoba…

O nie… Tego już za wiele! Co ona sobie myśli? Że to niby ona jest winna śmierci Rorana? Zaciskam dłonie w pięści…

– Nie możesz tak myśleć…

– Właśnie, że mogę… Człowiek, któremu zawdzięczam życie…

Nie mogę tego dłużej słuchać! Muszę wybić jej z głowy te głupoty! Odwracam się na pięcie i zmierzam w stronę księżniczki i Wojowniczki z Merkurego. Jestem wściekły i nie zamierzam tego ukrywać. Ktoś w końcu musi porządnie potrząsnąć Serenity i przestać się nad nią użalać. Najwidoczniej tą osobą będę ja.

– Mogłabyś łaskawie mi wytłumaczyć, dlaczego płaczesz?! – swoim zachowaniem zwracam uwagę wszystkich mieszkańców, którzy tu są. W końcu rzadko podnoszę na kogokolwiek głos.

– To moja wina… To moja wina… – powtarza te słowa jak mantrę, tak jakby nie słyszała tego co do niej mówię. W końcu docieram do Serenity i Merkurego. Rzucam Wojowniczce spojrzenie mówiące: ‘ – Natychmiast stąd odejdź!’. Niebieskowłosa kobieta przez chwilę się waha.

– Na co jeszcze czekasz? – pytam ją opryskliwym tonem. Patrzy na mnie, jakbym był kimś zupełnie obcym. Chyba ją nawet rozumiem. Mija może kilka sekund.    Wojowniczka ciężko wzdycha i w końcu odchodzi. Kucam tuż przed skuloną księżniczką. Głowę ma ukrytą w plątaninie rąk i nóg.

– Odpowiesz mi w końcu na zadane pytanie, czy nie? – warczę na nią, tracąc ostatnie pokłady cierpliwości.

– Bo on umarł. To wszystko przeze mnie. – odpowiada cicho. Widzę jak się trzęsie. Nie jestem tylko pewien czy jest to spowodowane wszechobecnym chłodem, czy też może strachem.

– Ludzie umierali, umierają i umierać będą!

– To mnie nie powinno tu być… – zaczyna znowu płakać. Czuję jak coś we mnie boleśnie się zaciska. Nie rozumiem, dlaczego całą winę bierze na siebie. Czyżby żałowała, że te kilka tygodni temu ją uratowałem?!

To mnie nie powinno tu być… To moja wina… – przedrzeźniam ją piskliwym głosem. – Wiesz co? Mam już po dosyć twojego zachowania. – cedzę przez zaciśnięte zęby. – Mam dosyć tego twojego użalania się nad sobą i beczenia z byle powodu! Twoje łzy nie wrócą życia Roranowi ani innemu, niewinnemu człowiekowi, więc z łaski swojej przestań w końcu płakać! Działasz mi już na nerwy!

– Prze-… przepraszam… – mówi cicho Serenity. Czuję na sobie wzrok mieszkańców Elizjonu. W tej samej chwili zdaję sobie sprawę z tego zrobiłem. Wstaję, jak gdyby nic się nie stało i rozglądam się dookoła.

– A wy co się tak patrzycie? Wracajcie do swoich obowiązków! To rozkaz!

Jestem zły. Zły na siebie, że dałem się wyprowadzić z równowagi. Zły, że nakrzyczałem na księżniczkę, mimo, że tak naprawdę nie zrobiła nic niewłaściwego.

Przesadziłem…

– Merkury! – wołam niebieskowłosą wojowniczkę. Staram się nad sobą panować. Nie chcę, żeby mieszkańcy stracili do mnie zaufanie. Chociaż, kto wie? Może już dawno go nie mają?

– Tak, książę?

– Odprowadź księżniczkę do jej pokoju. Postaraj się ją uspokoić w miarę możliwości, dobrze?

– Wedle życzenia. – odpowiada grzecznie. Po wielu namowach i pomocy ze strony Zoisite, Serenity w końcu pozwala się zaprowadzić do zamku. Odprowadzam wzrokiem całą trójkę, dopóki nie znikają mi z oczu…

– Ty!!! – czuję jak ktoś łapie mnie za kołnierz koszuli. – Co to miało być?!

– Uranie, nie! Zostaw go w spokoju!

– Cicho bądź, Michi! – warczy wściekle Haruka. W jej oczach widzę czystą furię i żądzę mordu. – Musiałeś jej tak nawymyślać, co?! Lubisz patrzeć jak Kociątko cierpi?! Ty… Ty…

– Po prostu mówię jak jest. – mówię spokojnie, patrząc przy tym Uranowi prosto w oczy. Nie boję się jej. Mam nad nią przewagę. Nie tylko fizyczną, ale też mentalną. – Natomiast ty, Haruko, dalej żyjesz złudzeniami… – kręcę z dezaprobatą głową. Biorę jej ręce zaciśnięte na moim kołnierzu w swoje dłonie i od tak je strzepuję. Jakby były zbędnym paproszkiem na ubraniu. – Podnoszenie ręki na królewskiego syna jest karalne. Dlatego też, mam dla ciebie zadanie, dzięki któremu raz na zawsze zapamiętasz, kim jestem. – uśmiecham się lekko, pełen mściwej satysfakcji. – Pomożesz Heliosowi przy przygotowaniu jutrzejszej ceremonii pogrzebowej…

– Ale ja nie mogę! – przerywa mi, a w jej oczach widzę niedowierzanie i strach. Chyba po raz pierwszy odkąd tu jestem.

– Ależ oczywiście, że możesz. To jest rozkaz…

Ktoś, coś? ;-)

Z racji tego, że mam problem z’ ruszeniem się’ z nowymi rozdziałami to wpadłam na pomysł, że może jesteście ciekawi mojej osoby… chcecie może zadać mi jakieś pytanie albo coś? Nie będę zakładać specjalnie konta na asku czy gdzieś tam indziej, bo to bez sensu… 

No to jak? 😀

Ps. Moja nazwa jako autora nie wzięła się z kosmosu… ja na serio jestem ruda xd

Uff… Uff…

Dziś jest za gorąco, więc totalnie nie robię nic… Chciałam dokończyć rozdział, ale mi się nie chce… Ale spokojnie! Już niedługo coś wstawię, także proszę nie marudzić 😉

Także ten… Bajo!

Czas leci…

Hejo!

Dzisiejszy dzień minął niemal błyskawicznie… Dlatego moje plany związane z dodaniem nowego rozdziału poszły się… (w miejsce wielokropka wstawcie odpowiednie słowo xd) 

Nie chcę Was też raczyć byle jakimi wypocinami (chociaż i tak to robię przez większość czasu… kurde… to dziwne uczucie, kiedy myślisz, że coś jest naprawdę dobre a okazuje się, że co najwyżej można sobie tym podetrzeć tyłek… <wybaczcie mi takie wyrażenie>).

Poza tym chciałam oznajmić, że niedługo wyjeżdżam i jest taka możliwość, że przez cały sierpień nie pojawi się kompletnie nic. Także ten… Nie wyzywajcie i uzbrojcie się w cierpliwość 😉 Może nawet na ‚urlopie’ się zainspiruję 😉 Kto wie? 😀

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i ‚do zobaczenia’ 🙂

Light after dark. XI

No i znowu coś tam sobie ‚udziergałam’…  Znowu krótkie i (jak dla mnie) średnio porywające. Może trafię w czyjś gust, a może też i nie… No cóż… Jedynie,  co mogę powiedzieć, to to , że będę dalej dzielnie walczyć o ‚mniejszą mniejszość’, którą reprezentuję czasem lepiej, czasem gorzej… 😉

***

Przecieram oczy i zerkam na zegar wiszący nad kominkiem. Jest czternasta; od blisko pięciu godzin siedzę w tej przytulnej bibliotece i czytam. Nie mam zbyt wiele zajęć na zamku, poza pomaganiem przy przygotowywaniu posiłków. Mieszkańcy też nie mają dla mnie za dużo czasu. Wiecznie są czymś zajęci i działają w biegu. Innymi słowy mówiąc: jestem skazana na samotność. Wstyd się nawet przyznać, ale strasznie się tu nudzę… Wiem, wiem… Zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze kilka tygodni temu mogłam już nie żyć i nie powinnam zbytnio narzekać. Ale myślę, że byłoby mi o wiele milej, gdyby ktoś od czasu do czasu ze mną porozmawiał. Nie muszą to być poważne tematy… Mogę o byle czym… Poczułabym się wtedy zdecydowanie lepiej…

Wzdycham cicho. Zaznaczam miejsce, gdzie skończyłam czytać i odkładam książkę. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu nie jest dla mnie korzystne. Muszę się przejść i rozprostować kości. Może przy okazji znajdę jakąś miłą osobę, która zechce dotrzymać mi towarzystwa?

Wstaję z kanapy i już po paru sekundach znajduję się na korytarzu. Nie ma tu żywego ducha. Znów wzdycham. Może przejdę się do ogrodu? Skorzystam ze sprzyjającej pogody, pooddycham świeżym powietrzem i popodziwiam otaczające zamek, piękne tereny? Uśmiecham się do siebie. To bardzo dobry pomysł! Szybko i sprawnie pokonuję ciąg pałacowych korytarzy. Jeszcze kilka dni temu miałam problem z dostaniem się do własnego pokoju. Albo myliłam kierunki i zamiast do spiżarni, trafiłam do ciemnych lochów! Z tego powodu stałam się obiektem żartów wśród mieszkańców Elizjonu, ale jakoś nie jest mi przykro z tego powodu. Wręcz przeciwnie! Sama śmieję się ze swojej nieporadności. Nie ma przecież ludzi idealnych. Wszyscy popełniamy błędy; te małe i te trochę większe. A to, że jestem księżniczką, nie czyni mnie kimś wyjątkowym. To tylko tytuł, o którym prawie zapomniałam, dzięki paru miłym osobom  mieszkającym tutaj razem ze mną. Eh… Gdyby tylko te osoby znalazły jeszcze dla mnie trochę wolnego czasu  w swoim napiętym grafiku…

Z zamyślenia wyrywa mnie jakiś hałas, który z każdym mym krokiem się nasila. Nigdy nie był tu tak głośno; zazwyczaj jest cicho i spokojnie. A to oznacza, że coś musiało się stać. Przyspieszam nieco i po paru sekundach docieram do miejsca, z którego dobiega harmider. Unoszę brwi ze zdziwienia. Komnata Heliosa? Czyżby kapłan znowu przesadził z ilością wypitego alkoholu i to właśnie on narobił tyle krzyku…?

– Tylko szybko, dobrze?! – słyszę czyjś krzyk i odgłos stóp uderzających z zawrotną prędkością o posadzkę. Po chwili drzwi się otwierają i z całym impetem wpada na mnie Zoisite. Na mój widok robi bardzo zdziwioną minę. Najwidoczniej nie spodziewał się mnie tu zobaczyć.

– Co tu robisz, księżniczko? – zagaduje rudowłosy generał i zasłania  swoim ciałem widok za jego plecami. Tak jakby nie chciał, żebym coś zobaczyła…

– Miałam wyjść do ogrodu, gdy nagle usłyszałam jakiś hałas. – odpowiadam i staram się przy okazji coś podejrzeć, jednak z marnym skutkiem. – Co tu się właściwie stało?

– Nic, księżniczko. Zupełnie nic. – mówi Zoisite szybko. Jak dla mnie ZA szybko.

– Skoro nic się nie stało, to dlaczego zasłaniasz przejście?

– Yhm… No cóż… – drapie się po głowie, nieco zdenerwowany. Przechylam głowę i patrzę mu prosto w oczy. Jeszcze chwila i wszystko mi powie… – Wybacz, ale nie mam teraz czasu. – mówi w końcu. Odwraca głowę w stronę pokoju. – Jed, podejdź na chwilę. Mam mały problem…

Mrugam przez chwilę powiekami, zdziwiona słowami generała. Nie wiedziałam, że moja obecność tutaj może sprawiać jakiś kłopot dla Zoisite…

– Co się stało, Zoi? – słyszę zaciekawiony głos Jadeite, który staje się donośniejszy z każdym jego krokiem. – O! Serenity! A co ty tu robisz? – na mój widok uśmiecha się szeroko. Szybko przekracza próg pokoju i zamyka głośno drzwi.

Dlaczego oni tak dziwnie się zachowują?

– Chciałam się trochę przewietrzyć, ale usłyszałam hałas i przyszłam tu. – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Może ty, Jadeite, powiesz mi, co się stało?

– Ale przecież Zoisite już chyba mówił, że nic. – blondwłosy generał wzrusza ramionami i patrzy w stronę swojego towarzysza. – Czy ty czasem nie miałeś gdzieś pójść, Zoi? – zagaduje lekkim tonem Jadeite i posyła mu znaczące spojrzenie.

– No tak. – kiwa głową Zoisite i szybkim krokiem wycofuje się w stronę korytarza. Przez chwilę jeszcze patrzę na niego, do momentu, gdy całkowicie nie tracę go z oczu. Odwracam wzrok z powrotem na Jadeite.

– A teraz, gdy nikt nas już nie słyszy, powiedz mi, co tutaj się naprawdę dzieje. – Jeszcze chyba nigdy nie byłam tak zdeterminowana, jak właśnie w tej chwili. Muszę wiedzieć, co się wydarzyło i dlaczego wszyscy zachowują się tak dziwnie!

– Tak jak już mówiłem wcześniej: nic się nie dzieje. – odpowiada stanowczo Jadeite. Widzę, że jest spięty. Kłamie.

– Przykro mi, ale jakoś ci nie wierzę. – uśmiecham się do niego. – Gdyby nic się nie wydarzyło, to nie biegalibyście  niczym kurczaki z uciętymi głowami i najzwyczajniej w świecie powiedzielibyście, o co chodzi. No więc jak? Powiesz mi czy nie?

– Wybacz, ale naprawdę nie mogę… – mówi cicho Jadeite, a uśmiech z jego twarzy znika. Chyba nigdy nie była taki poważny jak teraz.

– Jadeite, przecież nikt się nie dowie…

– Nie…

– Dlaczego?!

– Dostałem rozkaz od Endymiona… – wzdycha ciężko. – Nie mogę ci nic powiedzieć, ani wpuścić do tego pokoju. Uwierz mi, że chciałbym, ale naprawdę nie mogę… Zrozum mnie… Endymion będzie wściekły, jeśli nie wykonam jego polecenia…

– Wstawię się za tobą, jeśli będziesz miał kłopoty. – staram się brzmieć przekonywująco, ale oczami wyobraźni widzę jak ‘pomagam’ mojemu przyjacielowi. Wiem, że nie zdziałam zbyt wiele. Nie żyję z Endymionem w dobrej komitywie… Biedny Jadeite… Wpadnie przeze mnie w ogromne tarapaty…

– Serenity, błagam…

– Ale ja tak ładnie proszę… – patrzę mu prosto w oczy i uśmiecham się tak serdecznie, jak tylko potrafię. Przez chwilę kręci głową i ciężko wzdycha.

– Dobrze. Wygrałaś. – mówi, zrezygnowany. Otwiera drzwi i eleganckim gestem zaprasza do pokoju. – Panie przodem.

– Dziękuję, Jadeite. – Kiedyś mu się za to odwdzięczę. Nie wiem jeszcze jak, ale to zrobię. Wchodzę do komnaty i pierwsze, co zauważam, to ogromny tłum ludzi. Wojowniczki, pozostali generałowie, Helios… Do moich uszu dociera czyjś cichy, zachrypnięty głos. Nie należy on jednak do nikogo z mieszkańców Elizjonu. Przeciskam się pomiędzy ludźmi; chcę zobaczyć na własne oczy, co sprawiło, że wszyscy się tu zebrali i są tacy tajemniczy. Gdy w końcu udaje mi się przedrzeć przez tłum, widzę siedzącego w starym fotelu  mężczyznę. Z jego ubrania obficie kapie woda. Jest chorobliwie blady, wręcz siny. Widzę jak trzęsie się z zimna, mimo, że w kominku płonie ogień…

– Wniknął w ich umysły, a gdy dowiedział się, że są twoimi szpiegami, wpadł w dziki szał… – chrypi ledwo słyszalnie nieznajomy. – Zabił ich… Wszystkich… Każdego z osobna…

Mój Boże! Ten człowiek… On uciekł Diamandowi!

– Ale ty zdołałeś w porę uciec, Roranie. – słyszę drugi głos, który akurat znam bardzo dobrze. Spoglądam w stronę, skąd on dobiega. Endymion stoi przy oknie, odwrócony plecami do wszystkich zebranych. Swoją postawą sprawia wrażenie, jakby niewiele obchodziło go to, co się dzieje…

– To nie ma żadnego znaczenia… Zostawiłem na pastwę losu moją kochaną żonę i dzieci… – mężczyzna ukrywa twarz w dłoniach. Czuję jak moje serce boleśnie się zaciska…

– Twoja żona i dzieci na pewno są z ciebie dumni. – mówi książę. Odwraca się od okna i jego wzrok ląduje w pierwszej kolejności na mojej osobie. Nie odzywa się, ale widzę, że jest bardzo zły z powodu tego, że tu jestem. Zaciska usta w wąską linię. Instynktownie cofam się o krok…

– Do tej pory są już pewnie martwi… – szlocha przybysz. Czuję, że i moje oczy powoli napełniają się łzami… – Nie mam po co żyć…

Odnoszę wrażenie, że to właśnie ja jestem odpowiedzialna za wszelkie krzywdy jakie spotkały tego człowieka i jego towarzyszy…

Nie mogę oddychać.

Wszystko we mnie boleśnie się zaciska.

Nie dam rady tu dłużej zostać.

Muszę stąd wyjść.

Jeden krok do tyłu… Drugi… Trzeci…

Czuję jak po policzkach płyną mi łzy… Ich nie jestem już w stanie zliczyć…

 To moja wina…

Błagam, wybaczcie mi…

:P

Wena… Córka marnotrwana…Wróciła i nie daje mi odpocząć 😛 A to oznacza, że kolejny rozdział jest w ‚produkcji’ 😀 Może coś wstawię w tym tygodniu, ale nie obiecuję 😉 Mam tylko nadzieję, że moja wena nie strzeli focha i nie ucieknie tam, gdzie diabeł mówi ‚Dobranoc’ xd

No a Wam życzę miłych snów 😉